Kobiecy blog
Kobiecy blog

Kobieta kreatywna - Blog dla kobiet

previous arrow
next arrow

kobiecy punkt widzenia logo

O makach, chabrach i sztuce odpuszczania

Polny duet idealny

Jeśli regularnie zaglądacie na mojego bloga zapewne zauważyłyście, że od dłuższego czasu próbuję oswoić dla nas sztukę uważności. Całkiem niedawno uczyłyśmy się być „archiwistkami wzruszeń”, szukając ukrytej profesji, duszy i wspomnień w rzeczach, które nas otaczają. Celebrowałyśmy niespieszne poranki, ucząc się na nowo sztuki wolnego oddychania, zanim świat wrzuci nas w swoje wysokie obroty, a w zeszłym tygodniu, z kubkiem parującej kawy w dłoniach, pisałam dla Was pochwałę czerwcowego deszczu, tego, który zmywa z nas kurz codzienności i zmusza do błogiego zatrzymania.


Spacer po łące pełnej maków


Dziś, kiedy chmury odeszły, a słońce znów przejęło władzę nad światem, mój kreatywny cykl felietonów domaga się kolejnego rozdziału, bo przecież czerwiec ma w sobie coś z bezwstydnego maksymalisty. Czerwiec nie bierze jeńców, nie bawi się w półcienie ani w subtelne zapowiedzi. Kiedy nadchodzi, rzuca na stół wszystkie swoje najlepsze karty z głośnym trzaskiem, a my zmęczeni długą, szarą zimą i chimeryczną, wiecznie niezdecydowaną wiosną, łapiemy ten zachwyt pełnymi garściami. Zachłannie, jakbyśmy bali się, że zaraz ktoś nam go odbierze.
Zamiast szukać letniego uniesienia w modnych kurortach, na zatłoczonych deptakach czy zorganizowanych z wielką pompą festiwalach, ja odnalazłam je tam, gdzie nikt go nie planował, nie projektował i nie reklamował. Na najzwyklejszej, dzikiej, przydrożnej łące.

Wystarczyło zjechać z asfaltowej drogi, która codziennie rano gna nas do tych samych, powtarzalnych obowiązków i pozwolić, by uderzyła w nas niesamowita gęstość czerwcowego powietrza. To nie jest zapach miejskiego skweru, to aromat gęsty od nektaru, rozgrzanej ziemi i dzikich ziół, które parują w popołudniowym słońcu.
Łąka o tej porze roku nie jest po prostu kawałkiem ziemi porośniętym trawą. To tętniący życiem, wielopoziomowy wszechświat, który rządzi się własnymi prawami. Nie ma tu rąk ogrodnika, które przycinałyby krawędzie pod linijkę, nie ma planu nasadzeń, katalogów z trendami ani modnego, surowego minimalizmu. Jest za to absolutna, oszałamiająca, niczym nieskrępowana wolność, a w samym sercu tej wolności gra najpiękniejszy orkiestrowy duet natury.
...i są oni, główni bohaterowie tego czerwcowego spektaklu, ikony polnego krajobrazu, bez których lato byłoby tylko cieplejszą wersją jesieni.


Bukiet maków w kieszeni spodni


Czerwony manifest maków – lekcja życia tu i teraz

Maki to czerwone, kruche bezwstydniki, które wyrastają dokładnie tam, gdzie chcą, kpiąc sobie z ludzkich granic i zakazów. Potrafią przebić się przez szczelinę w starym asfalcie, rozgościć się na skraju rowu albo zuchwale zająć środek pola pszenicy. Ich płatki są jak najcieńszy, pognieciony w palcach jedwab; tak delikatne, że wystarczy mocniejsze tchnienie wiatru lub zbyt gwałtowny dotyk, by opadły na ziemię, zostawiając po sobie tylko skromną, zieloną makówkę. Gdy dotkniesz ich szorstkiej, pokrytej drobnymi włoskami łodygi, poczujesz ten niesamowity kontrast między siłą przetrwania a absolutną delikatnością.

W makach jest pewnego rodzaju bezczelna, niemal pierwotna siła. Czerwień maków na tle soczystej, czerwcowej zieleni nie prosi o uwagę, lecz jej żąda. Wybucha jaskrawą plamą, drażni oczy, kłuje w zmysły i przypomina o tym, że życie jest krótkie, intensywne i trzeba brać z niego to, co najlepsze, dokładnie „tu i teraz”. Maki niczego nie odkładają na jutro, nie kalkulują, czy warto. Kwitną gwałtownie, do utraty tchu, jakby doskonale wiedziały, że ich czas jest policzony, a każda sekunda na słońcu to dar.
W tym swoim dzikim pędzie maki uczą nas, że piękno nie musi być trwałe, by miało sens. One nie próbują rezerwować sobie miejsca na wieczność; żyją chwilą, bez asekuracji i bez lęku przed jutrzejszym deszczem, który może zniszczyć ich misterne korony.

Kiedy tak patrzyłam na ten szalony, krwisty spektakl, w mojej głowie natychmiast ożyły obrazy Miss Floris, o których pisałam Wam przy okazji recenzji wystawy „Powrót na makową łąkę”. Artystka w swojej twórczości potrafi zrobić z makami dokładnie to, co natura robi z nami w czerwcowe popołudnie. Rezygnuje z chłodnej dosłowności na rzecz czystej, pulsującej emocji. Jej wielkoformatowe płótna, pełne dynamicznych plam barwnych i śmiałych pociągnięć pędzla, sprawiają, że widz czuje się otoczony i wchłonięty przez naturę. Stojąc na tej prawdziwej, przydrożnej łące, miałam wrażenie, że obcuję z żywym obrazem Miss Floris, gdzie czerwień nie mieści się w kadrze, a impresjonistyczny zachwyt nad chwilą staje się najpiękniejszą rzeczywistością.


Łąka pełna maków i chabrów


Szafirowa melancholia chabrów, czyli wewnętrzny spokój

Tuż obok maków, dla absolutnego i genialnego w swojej prostocie kontrastu, rozlewają się chabry. Szafirowe, głębokie, spokojne, znane nam z dzieciństwa jako skromne bławatki. O ile mak jest krzykiem, namiętnością i głośnym śmiechem, o tyle chaber to czysta poezja, cisza i nostalgia. Ma w sobie kolor najczystszego, czerwcowego nieba tuż przed zmierzchem, kiedy słońce już zaszło, ale noc jeszcze nie odważyła się nadejść.
To ten specyficzny rodzaj niebieskości, który koi skołatane nerwy, zmusza do zwolnienia kroku i każe po prostu patrzeć bezmyślnie i głęboko. Chaber nie pcha się na pierwszy plan, nie krzyczy z daleka „spójrz na mnie!”, ale czy jesteście w stanie wyobrazić sobie polną łąkę bez niego? Stałaby się niekompletna, płaska, pozbawiona tej chłodnej, melancholijnej głębi. Chabry są jak wierni przyjaciele. Rzadko wychodzą przed szereg, ale to ich obecność buduje całe piękno krajobrazu. Tam, gdzie mak wnosi ogień i dynamikę, chaber odpowiada spokojem i subtelną równowagą, nie pozwalając, by czerwień stała się zbyt agresywna.

Te dwa kolory: krwista czerwień i głęboki błękit, tańczą ze sobą na czerwcowym wietrze w rytm, który wyznacza hipnotyzujące brzęczenie trzmieli, pracowitych pszczół i cichy szelest ocierających się o siebie traw. To najpiękniejszy, naturalny mariaż sprzeczności, jakiego nie potrafiłby zaprojektować żaden, nawet najbardziej utalentowany artysta. Ogień i woda, hałas i cisza, ekstrawertyczny mak i introwertyczny chaber, razem tworzą polny duet idealny, w którym nikt z nikim nie rywalizuje, a jedno dopełnia drugie.

Sztuka odpuszczania i uwolnienie od kontroli

Siedząc na brzegu tej łąki, z dłońmi zanurzonymi w chłodnej trawie, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego właściwie tak bardzo potrzebujemy tych dzikich kwiatów. Dlaczego widok maków i chabrów tak mocno nas porusza, budząc w środku jakąś dziwną, uśpioną tęsknotę?
Sama złapałam się na tym, że jeszcze rano z frustracją wyrywałam mlecze z mojego idealnie zaplanowanego ogródka, mrucząc pod nosem na każdą roślinę, która śmiała zakłócić mój misterny porządek. Chcemy kontrolować wszystko: od idealnych rządków na grządkach, przez temperaturę w mieszkaniu, aż po emocje naszych bliskich i trajektorię własnej kariery. W naszym poukładanym, zroszonym Excelami, kalendarzami i wiecznymi „targetami” życiu brakuje nam właśnie takiej bezkompromisowej naturalności. Zbytnio staramy się być idealnie przycięte jak miejskie trawniki, a  przed korporacyjnymi wieżowcami zorganizowane, przewidywalne, odporne na warunki atmosferyczne. Ukrywamy swoje wady, maskujemy zmęczenie, planujemy każdy krok z rocznym wyprzedzeniem.


Maki w kubku


Czerwcowa łąka przypomina nam o czymś zupełnie innym. O tym, że najpiękniejsze rzeczy na tym świecie dzieją się całkowicie bez planu.
To właśnie tutaj, między szafirem a czerwienią, ukryta jest najważniejsza lekcja odpuszczania. Popatrzcie na ten polny duet. Przecież nikt tych kwiatów na tej dzikiej przestrzeni nie siał, nikt ich nie plewił, nikt nie dbał o odpowiednie nawożenie ani regularne podlewanie według zegarka. One nie przejmowały się tym, czy wyrosną symetrycznie i czy zadowolą oko wymagającego przechodnia, a i tak są doskonałe w swojej dzikości i zachwycające w swojej niedoskonałości.
Odpuszczanie to nie kapitulacja. To zgoda na to, by sprawy biegły czasem swoim własnym rytmem. To świadomość, że nie musimy być idealne co do milimetra, by wnosić do świata ogromną wartość. Każda z nas ma w sobie przecież ten sam polny duet. Mamy dni makowe, kiedy chcemy krzyczeć, błyszczeć, zdobywać świat i płonąć energią. Mamy również dni chabrowe, pełne nostalgii, ciszy, potrzebujące wycofania i spokoju. Łąka uczy nas, że nie musimy wybierać, że wolno nam być i jednym, i drugim.


Mak we włosach


Rozmyślając na łące, wyciągnęłam z torebki wdzięcznopis – coś więcej niż notes, który na dłuższą chwile pozwala zatrzymać ulotny zachwyt.

 Jestem wdzięczna za czerwień maków, błękit chabrów i za tę jedną godzinę, w której zupełnie niczego od siebie nie wymagałam.

Przecież praktyka wdzięczności i sztuka odpuszczania to rodzone siostry. Dopiero gdy zrezygnujemy z wewnętrznego przymusu kontrolowania wszystkiego, zyskujemy przestrzeń na to, by dostrzec małe cuda, które los podrzuca nam pod nogi. Tak sobie myślę, że kiedy w środku mroźnej zimy będę przeglądać swoje zapiski w wdzięcznopisie, to ten czerwcowy zapach ziół i wolności ogrzeje mnie na nowo. To idealne dopełnienie roli „archiwistki wzruszeń”.

Kruchość może iść w parze z niesamowitą siłą przetrwania, a skromność nie musi oznaczać bycia niezauważoną. Można po prostu być. Bez spiny, bez udowadniania czegokolwiek całemu światu.
Zanim więc czerwiec bezpowrotnie spakuje swoje walizki i zmieni się w upalne, spalone słońcem, wysuszone lipcowe popołudnia, zróbcie sobie jeden, mały prezent. Odłóżcie na chwilę telefon, ucieknijcie od powiadomień i znajdźcie swoją własną łąkę. Wejdźcie w nią tak głęboko, by trawy i zioła sięgały Wam pasa, dajcie się złowić temu słodkiemu zapachowi i po prostu popatrzcie na maki i chabry. Przyjrzyjcie się temu, jak idealnie ze sobą współgrają, i nauczcie się od nich tej świętej, polnej beztroski. Pozwólcie sobie na luksus nicnierobienia, zanotujcie ten moment w sercu albo w swoim prywatnym Wdzięcznopisie i poczujcie chociaż kroplę tej czerwcowej wolności. Naprawdę na nią zasługujemy.

Kobieta kreatywna

50000 Pozostało znaków