Są takie poranki, kiedy parujący kubek czarnej kawy i pośpiesznie rzucone spojrzenie na ekran telefonu po prostu nie wystarczają. Człowiek budzi się z niejasnym poczuciem, że od życia należy mu się coś więcej, odrobina magii, odrobina haute couture w weekend, chwila niespiesznej elegancji, która pozwoli odetchnąć od codziennego pędu. Na przekór cyfrowemu przebodźcowaniu, Jasielski Dom Kultury zaserwował nam ostatnio poranek, którego nie powstydziłaby się sama Audrey Hepburn.
Ktoś mógłby pomyśleć: śniadanie w instytucji kultury? Pewnie paluszki, sucha krakowska i letnia herbata w szklance z koszyczkiem. Nic z tych rzeczy. Gdy przekroczyło się próg JDK, jasne stało się, że trafiliśmy do zupełnie innego świata. Klimat gęsty od twórczej energii, zapach świeżo mielonej kawy i atmosfera, która momentalnie przywodziła na myśl kultowe „Śniadanie u Tiffany’ego”. Brakowało wprawdzie czarnej sukni od Givenchy i wielkiego sznura pereł (choć duch elegancji zdecydowanie unosił się w powietrzu), ale zamiast lśniących witryn nowojorskiego jubilera mieliśmy coś o wiele cenniejszego: SZTUKĘ na wyciągnięcie ręki.
Gwiazdą tego poranka, naszym osobistym „diamentem w gablotce”, była Miss Floris.

Kawa, makowce i ptasi śpiew
Spotkanie z Miss Floris miało w sobie coś z idealnie skomponowanego porannego rytuału. Artystka, znana ze swojej niezwykłej wrażliwości, wprowadziła do przestrzeni JDK estetykę, która działała na zmysły kojąco i ożywczo jednocześnie. Z głośników sączył się przyjemny, subtelny śpiew ptaków, który od progu przenosił gości w stan błogiego relaksu i harmonii z naturą.
Sama autorka zachwycała nie tylko talentem, ale i magnetyczną aparycją. Ubrana w intensywną czerwień, wyglądała niczym makowa panienka, która przed chwilą zeszła wprost ze swoich własnych obrazów. Od pierwszej minuty zarażała wszystkich dookoła niesamowitą, dobrą energią i autentyczną radością, sprawiając, że cała przestrzeń momentalnie stała się cieplejsza.
Rozmowy nie przypominały sztywnego, profesorskiego wykładu o teorii kompozycji. To była lekka, błyskotliwa wymiana myśli, zupełnie jakbyśmy spotkali się przy wspólnym stole z dobrą znajomą, która przy okazji potrafi za pomocą koloru i formy opowiadać historie, od których miękną nogi.

W felietonowej rzetelności muszę zadać to fundamentalne pytanie: czym właściwie różni się śniadanie z artystą od klasycznego wernisażu?
Wernisaże bywają onieśmielające. Wymagają wieczorowego blichtru, kieliszka wina trzymanego z nienaganną gracją i szeptanych komentarzy. Śniadanie w JDK z Miss Floris zburzyło ten dystans. Światło dzienne, zapach porannej kawy i swoboda sprawiły, że sztuka przestała być niedostępnym eksponatem. Stała się elementem poranka, naturalnym jak masło na ciepłej grzance.
Przeczytaj także: Recenzja wystawy „Powrót na makową łąkę” Miss Floris
Co więcej, Artystka zadbała o to, by zmysły były dopieszczone na każdym poziomie. Obok uczty dla ducha pojawiło się coś dla ciała i to w iście mistrzowskim wydaniu. Pyszna, aromatyczna kawa idealnie komponowała się z podanymi na stół, świeżymi makowcami, których bogaty smak wspaniale pasował do niespiesznej, luksusowej atmosfery.
Największym atutem tego poranka była możliwość osobistej, swobodnej rozmowy z artystką. Każdy z gości mógł podejść, zadać pytanie, podzielić się własnymi wrażeniami czy po prostu zamienić kilka ciepłych słów z Miss Floris bez barier, jakie zazwyczaj stwarza tradycyjna relacja twórca-odbiorca.

Co niezwykle ważne, to fakt, że było to spotkanie wielopokoleniowe. Na miejscu przygotowano specjalną strefę dla dzieci, gdzie maluchy mogły bezpiecznie i kreatywnie spędzić czas na kolorowaniu. Dzięki temu rodzice mogli w pełni skupić się na obcowaniu ze sztuką, podczas gdy ich pociechy rozwijały własne talenty plastyczne w rytm ptasich treli.
Nowy, lepszy rytuał poranny
Wychodząc z JDK, pomyślałam, że to właśnie jest esencja dbania o własną uwagę i dobrostan. Zamiast bezmyślnego scrollowania negatywnych wiadomości od samego rana, dostaliśmy dawkę czystego piękna, inspirujących anegdot, wyśmienitego smaku i ludzkiego ciepła. Miss Floris dała nam, jak na tacy, wydarzenie o światowym formacie. Intymne, estetyczne i głęboko zapadające w pamięć.
Od siebie dodam tylko jedno: to był poranek, który przypomniał mi, dlaczego tak bardzo potrzebujemy sztuki na co dzień. Siedząc tam, z filiżanką świetnej kawy, słuchając ptasich treli i patrząc na uśmiechniętą Miss Floris w jej makowej czerwieni, poczułam autentyczną wdzięczność. Wdzięczność za to, że w naszym Jaśle potrafimy stworzyć przestrzeń, w której czas na chwilę zwalnia, a dorośli i dzieci mogą ramię w ramię czerpać radość z czystego piękna. To nie było zwykłe wyjście z domu. To był prezent, który podarowałam samej sobie jako podsumowanie dość intensywnego tygodnia.
Jeśli Holly Golightly szukałaby miejsca, w którym poczułaby się bezpiecznie i pięknie, to w ten konkretny poranek Nowy Jork mógłby śmiało zazdrościć Jasłu. Oby więcej takich inicjatyw. JDK pokazało, że sztuka najlepiej smakuje o poranku i to bez chowania się za ciemnymi okularami.
Kobieta kreatywna





Subskrybuj
Zgłoszenie