Istnieją takie książki, które się czyta, ale i takie, które się przeżywa. ,,Śniadanie na wulkanie” Joanny Ostaszewskiej, zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. Tomik, który nie próbuje na siłę przypodobać się, ani prowadzić czytelnika za rękę, tylko siada obok w ciszy i pozwala by to, co niewygodne, samo zaczęło mówić.
Poezja Ostaszewskiej nie prowadzi za rękę
Już sam tytuł tomiku brzmi jak obietnica ryzyka. Śniadanie kojarzy się z codziennością, czymś zwyczajnym, niespiesznym i bezpiecznym. Wulkan z kolei przywołuje skojarzenia związane z napięciem, nieprzewidywalnością, możliwością nagłego wybuchu. Poezja Joanny Ostaszewskiej perfekcyjnie potrafi balansować pomiędzy jednym a drugim.
Jej wiersze są o życiu na granicy emocji, pamięci oraz doświadczeń, które nie zawsze można uspokoić.
Czytając ten tomik, miałam wrażenie, że odczucia opisane przez autorkę, dostały pozwolenie na ,,bycie” bez wygładzania i bez jednoznacznych puent. Zauważam w tym dużo odwagi. To poezja, która nie chroni się metaforą dla samej metafory. Ciekawe jest to, że poetycki obraz jest oszczędny, ale trafia tam, gdzie czytelnik najmniej się spodziewa.

Codzienność na krawędzi
Najmocniej wybrzmiewa dla mnie temat wewnętrznej drogi, która nie jest spektakularna, ale cicha, codzienna, mierząca się z tym, co zostało w nas z dawnych doświadczeń. Delikatnie skropiona lękiem, który nie ma już imienia, ale nadal realnie wpływa na każdy krok.
Długo po zamknięciu książki zostajemy z pytaniami bez gotowych odpowiedzi.
Jest w ,,Śniadaniu na wulkanie” coś bardzo ludzkiego. Jest zgoda na kruchość. Na to, że nie wszystko musi być domknięte, wyleczone, nazwane. Poezja Ostaszewskiej nie krzyczy nawet wówczas, gdy mówi o napięciu. Ona raczej szepcze,a ten szept bywa bardziej przejmujący niż najgłośniejszy manifest.
To tomik, po który nie sięga się ,,przy okazji”. On wymaga uważności i gotowości na spotkanie z własnymi myślami. Nie każdy będzie chciał wejść na ten wulkan, ale jeśli się zdecyduje, to dostanie coś autentycznego. Otrzyma literacką przestrzeń, w której można na chwilę przestać udawać, że wszystko jest stabilne.

Wewnętrzna droga bez mapy
Dla mnie jest to poezja do czytania powoli, z przerwami, z wracaniem do wersów, które nagle zaczynają znaczyć coś więcej niż przy pierwszym czytaniu. ,,Śniadanie na wulkanie” nie obiecuje spokoju, ale oferuje coś cenniejszego, a mianowicie spotkanie z samym sobą.
Przeczytaj także: W krzywym zwierciadle – wspomnienie z wystawy Salvadora Dalego w Jaśle
Kobieta kreatywna




Subskrybuj
Zgłoszenie