Kobiecy blog
Kobiecy blog

Kobieta kreatywna - Blog dla kobiet

previous arrow
next arrow

kobiecy punkt widzenia logo

Archiwiści wzruszeń. O duszy rzeczy martwych

Dzień dobry w środę

Jeśli czujesz czasem, że świat pędzi odrobinę za szybko, a codzienność przecieka przez palce w pogoni za nowościami, to dobrze, że tu jesteś. Chciałabym zatrzymać nas na chwilę. Właśnie dziś, w tę środę, otwieram na blogu nową przestrzeń, a mianowicie cykl felietonów, w których co tydzień będziemy wspólnie kolekcjonować drobne uważności, zaglądać pod podszewkę codzienności i szukać zachwytu w tym, co z pozoru zwyczajne. Rozsiądź się wygodnie z ulubioną kawą i zostań chwilę dłużej. Zaczynamy od podróży w głąb tego, co pamięta...


Felietony kobiety kreatywnej


Żyjemy w kulturze „jednorazowości”. Gdy coś pęka, ląduje w koszu; gdy przestaje być modne, zostaje zastąpione nowszym modelem z błyszczącego plastiku. A jednak poeci, ci wieczni zbieracze niepotrzebnych nikomu olśnień, rzadko potrafią rozstać się ze starymi przedmiotami. Dlaczego? Bo stara maszyna do pisania czy kieszonkowy zegarek po dziadku to nie są po prostu narzędzia. To akumulatory czasu, które raz naładowane emocjami, potrafią oddawać je przez dekady. Nie lubię gładkości plastiku i cyfrowej nieskazitelności. Zdecydowanie wolę rzeczy, które stawiają opór, pamiętają czyjś dotyk i niosą w sobie czyjąś historię.

Weźmy taką maszynę do pisania. Ona stawia opór. Każdy klawisz wymaga decyzji, niemal fizycznego uderzenia, a metalowy stukot jest jak bicie serca tekstu. Na laptopie słowa płyną zbyt gładko, zbyt łatwo dają się kasować. Maszyna pamięta błędy, zostawia ślady, wymusza uważność. Podobnie jest z zasuszonym kwiatkiem znalezionym między stronami tomiku poezji. To przecież nic innego jak „zakładka czasu”. Ktoś, lata temu, chciał zatrzymać konkretne popołudnie w konkretnym wierszu.

W szufladzie drzemie czas zakurzony,
zegarek tyka rytmem wspomnienia.
Kwiat wierszem dawno już uwięziony,
w kruchą pamiątkę byt swój zamienia.

Stare przedmioty mają swoją melancholię, ale nie jest to smutek beznadziejny. To raczej cicha obecność kogoś, kto był tu przed nami. Kiedy dotykamy chłodnej obudowy starego aparatu fotograficznego albo nakręcamy zegar, który przeżył wojny i pięć przeprowadzek, wchodzimy w dialog z przeszłością. Te przedmioty uczą nas pokory. Przypominają, że my też jesteśmy tu tylko na chwilę, a to, co po nas zostanie, to być może właśnie ulubione pióro, kilka linijek tekstu i ten specyficzny ślad na dębowym blacie biurka.

Warto więc otaczać się rzeczami, które mają „blizny”. Rysa na drewnie, przetarta okładka książki czy stara pocztówka to namacalne dowody na to, że życie naprawdę się wydarzyło. W świecie zdominowanym przez cyfrową nieskazitelność, melancholia starych przedmiotów staje się kotwicą. Trzyma nas blisko tego, co autentyczne, dotykalne i boleśnie wręcz ludzkie.

Sama jestem kolekcjonerką uważności. Moje życie nie mieści się w sztywnych ramach harmonogramów, bo wolę, gdy wyznacza je rytm parzenia kawy w ulubionej filiżance od babci i echo kroków na górskim szlaku. Nie szukam natchnienia w sterylnych pokojach. Moje muzy noszą ogrodniczki, mają ziemię pod paznokciami i nie boją się „kwitnienia na brudno”. Piszę tak, jak żyję, pomiędzy rozwieszaniem prania a zachwytem nad światłem, które akurat teraz, w tej konkretnej minucie, kładzie się smugą na kuchennym blacie. Dla mnie tworzenie to akt odwagi, by z chaosu codzienności wyprowadzić choć odrobinę ładu.


Felietony dla kobiet


Wędruję, by poczuć pokorę wobec tego, co trwałe i niewzruszone. Zbieram, by ocalić od zapomnienia drobne olśnienia, które inni uznają za niepotrzebne. Chcę pisać tak, by zostawić po sobie ślad czuły i trwały, jak rysa na dębowym biurku.
Dlatego nie przepraszam za to, że żyję w swoim własnym tempie. Pozwalam sobie na „wewnętrzny listopad”, wiedząc, że cisza jest potrzebna, by w końcu poczuć to nagłe swędzenie w opuszkach palców, które każe mi znów chwycić za pióro. Jestem w nieustannym dialogu z tym, co wzrasta. Moja kobiecość jest jak forsycja. Potrafi przebić się przez asfalt szarych blokowisk i wybuchnąć kolorem tylko dlatego, że poczuła marzec. Nie pytam, czy to, co robię, jest modne. Po prostu wypełniam swoją przestrzeń słowami, kawą i pamięcią o tych, którzy byli tu przede mną.


Przeczytaj także: Poranny luksus sztuki, czyli „Śniadanie u Tiffany’ego” w jasielskim wydaniu


Wierzę, że każda jedna dobra metafora albo idealnie posadzona bazylia na oknie to mój prywatny triumf nad jednorazowością świata. Jestem tu tylko na chwilę, więc chcę tę chwilę przeżyć niespiesznie.
A jak to wygląda u Was? Czy w Waszych domach drzemią przedmioty, które potrafią opowiadać historie? Stara filiżanka, znoszony sweter, a może notes pełen pospiesznych zapisków? Co jest Waszą kotwicą w tym cyfrowym świecie?
Dajcie znać w komentarzach, a tymczasem życzę Wam spokojnego i uważnego tygodnia. Widzimy się tutaj w kolejną środę. Niech to będzie dobra środa!

Kobieta kreatywna

50000 Pozostało znaków