Znacie to uczucie, kiedy zamykacie ostatnią stronę książki i jedyne, co macie w głowie, to wielki znak zapytania oraz nieodparta chęć natychmiastowego sięgnięcia po kontynuację? Tak właśnie zostawiła mnie Monika Hakowska po pierwszym tomie. Recenzję I tomu ,,Miłość po krakowsku” przeczytasz TUTAJ
Z ogromną niecierpliwością wyczekiwałam powrotu do świata Neli i Maksa, by znów zanurzyć się w ich historii. Dziś przychodzę do Was z recenzją drugiego tomu „Miłość po gdańsku” i muszę przyznać, że ta opowieść mocno mnie zaskoczyła swoją dojrzałością oraz ładunkiem emocjonalnym.
Kiedy życie boleśnie mówi „sprawdzam”
W „Miłości po krakowsku” obserwowaliśmy magiczne początki i pierwsze motyle w brzuchu. W Gdańsku sielanka się kończy, a zaczyna prawdziwe, momentami bezlitosne życie, które wystawia bohaterów na najcięższą próbę. Po nagłej śmierci ojca, Maks zostaje rzucony na głęboką wodę. Odpowiedzialność za rodzinną firmę i odkrywanie mrocznych sekretów sprawiają, że jego świat zaczyna pękać. Autorce udało się świetnie oddać portret mężczyzny przytłoczonego ciężarem, którego wcześniej nie znał. Z kolei Nela, zostając w Krakowie, musi zmierzyć się z najtrudniejszym przeciwnikiem w związku: poczuciem opuszczenia. Podczas gdy Maks tonie w obowiązkach, ona zaczyna wątpić, czy w jego nowym, chaotycznym świecie jest jeszcze miejsce na ich wspólną przyszłość.
Emocje, które zapierają dech
Ta część jest zdecydowanie poważniejsza i bardziej refleksyjna niż poprzednia. Czytając tę książkę, czułam niemal fizyczny ucisk w klatce piersiowej, gdyż jest to opowieść o tym, jak łatwo zgubić drugiego człowieka w natłoku codziennych spraw. Autorka mistrzowsko oddaje przejmujący smutek wynikający z braku rozmowy. Widzimy, jak dystans fizyczny między Gdańskiem a Krakowem powoli zamienia się w dystans emocjonalny. To bolesna lekcja o tym, że o miłość trzeba dbać każdego dnia, niezależnie od okoliczności.
Gdańsk przynosi nie tylko zmianę klimatu, ale i wątki niemal sensacyjne. Skrywane przez lata rodzinne intrygi wychodzą na jaw, a prawda o ojcu Maksa okazuje się zupełnie inna, niż wszyscy przypuszczali. Te zwroty akcji sprawiają, że książkę czyta się z zapartym tchem.

Refleksja nad codziennością i dojrzałym uczuciem
Monika Hakowska pokazuje nam, że miłość to nie tylko romantyczne spacery, ale przede wszystkim trudna decyzja i codzienna praca. Autorka nie lukruje rzeczywistości. Jej bohaterowie są prawdziwi, popełniają błędy i bywają bezradni.
Czy przysłowie „co z oczu, to z serca” się sprawdzi?
W życiu Neli pojawia się nowa postać: przystojny i wspierający współpracownik. To wprowadza dodatkowe napięcie i zmusza czytelnika do zadania sobie pytania: czy warto czekać na kogoś, kto zdaje się o nas zapominać, gdy obok jest ktoś, kto oferuje pomocną dłoń?
Nostalgiczny klimat Trójmiasta idealnie współgra z nastrojem powieści. Szum morza i surowość gdańskich kamienic stają się tłem dla cichych łez i trudnych wyborów, które muszą podjąć Nela i Maks.
Czy warto przeczytać „Miłość po gdańsku”?
„Miłość po gdańsku” to poruszająca, dojrzała powieść obyczajowa, która udowadnia, że życie potrafi nas przytłoczyć, ale też zaskoczyć swoim pięknem w najmniej oczekiwanym momencie. To lektura pełna niewypowiedzianych słów, tęsknoty i nadziei, której nie sposób odłożyć przed poznaniem ostatniej strony.
A zakończenie... cóż, powiem tylko tyle: znów pozostawia czytelnika z ogromnym niedosytem! O tym,, jakie emocje towarzyszyły mi po przeczytaniu „Miłości po... warszawsku”? Dowiecie się wkrótce.
Moja ocena: Obowiązkowa lektura dla każdej kobiety, która szuka w literaturze autentyczności i głębokich emocji.
A Wy? Wierzycie w miłość na odległość, czy uważacie, że rozłąka zawsze niszczy więź? Czekam na Wasze opinie w komentarzach!
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Videograf
Kobieta kreatywna




Subskrybuj
Zgłoszenie